Śniadanie z ogrodem

This post is also available in: English (angielski)

Trochę dziś chłodniej więc zarzucam sweter w kolorze khaki i siadam na miętowym dywanie na balkonie obok lawendy i żółto-rdzawego krwawnika.

Chleb z rozgniecionym bananem, masłem czekoladowym i truskawkami. Łyk kawy – smak powietrza. Lipcowy poranek wlewa się we mnie zielenią butelkową, szmaragdową, oliwkową.

Zastanawiam się szepcząc: lisie, lisie. Czy lis wie, że jest lisem. Dziś nie widzę go w ogrodzie. Chyba, że ukrył się w wysokich trawach. Przylatuje za to wierny szpak. Dostrzegam jego pomarańczowy dziób.

Opieram stopy o kamienie przyniesione z plaży. Mewy kwiczą. Słońce oświetla mi kolana. Gałązkami brzozy kołysze wiatr. Słyszę jego szum: szu, szu, szu… Lekki mess na tym moim balkonie, na nogach odrastają włosy. Ding dong.

W tej rozświetlonej ciszy mogę mieć wszystko. Nie szkodzi, że to wszystko wypada mi z rąk. Bo moje pięćdziesięcioletnie ciało szykuje się na zmiany. To wcale nie jest jeszcze starość, tylko kosmos próbuje się rozłożyć równomiernie we włosach, w rękach, w biodrach, na brzuchu. Oddychać. Nudzić się. Patrzeć. Pakować plecak do Pragi, a potem jechać do Jedliny.

(Visited 39 times, 1 visits today)

Leave A Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *