This post is also available in:
English (angielski)
Criollo, to koń z Pampas, rozległych, trawiastych i żyznych równin w sercu Argentyny. Symbol wolności, niezależności i wytrzymałości. Bo tacy byli Gauchos – koczownicy jeźdźcy z Pampasów. Dziś duchy, które pozostawiły po sobie trwały mit kulturowy w Argentynie. Tajemniczym kraju z emocjonalnością i elegancją tango.
Niewiele o nim wiem, dlatego z ekscytacją poszłam zobaczyć krótkometrażowe filmy argentyńskie, które w ramach Iberyjskiego Festiwalu Filmowego – IBERSCREEN zorganizował Brian Nolan w Galway.
Przed seansem Rocio Romero zagrała na gitarze i zaśpiewała dwie pieśni Chaveli Vargas. Potem kiedy na ekranie pojawiły się zapowiedzi filmów zaczęliśmy wszyscy klaskać do rytmicznej muzyki. Ociepliliśmy tym malutką salę kinową w Nun’s Island Theatre. I z wypiekami na twarzy zaczęliśmy chłonąć filmy.
La Canoa de Ulises – Łódź Odyseusza w reżyserii Diego Fió, to bardzo krótka historia, której długo nie zapomnę.
Ojciec Itaeté i jego nastoletni syn Ulises budują tradycyjną drewnianą łódź w dżungli. Są z plemienia Guarani. Isabelino Paredez grający ojca naprawdę jest z plemienia Guarani, czyli jest rdzennym mieszkańcem Ameryki Południowej i wcale nie jest aktorem.
Ulises ma cały czas na głowie słuchawki i przy ognisku suszy adidasy. Wydaje się znudzony tym co przekazuje mu ojciec i niechętnie mu pomaga. Z kolei ojciec uparcie nazywa go Vaiyá w języku Indian, nie Ulises.
Tymczasem niespodziewanie wszystko się zmienia. Dla mnie akcja wręcz mrożąca przez chwilę krew w żyłach. I Ulises na końcu będzie rapował w języku Indian Guarani. Absolutnie czaderska piosenka. Obraz o tradycji, którą chcą zagłuszyć syreny globalizacji.

Kolejny film, który nadal wyświetla mi się w głowie, to Tres oraciones sobre la Argentina w reżyserii Nele Wohlatz.
Obraz biegnącego konia na biało-beżowej równinie. Choć w filmie nie ma wcale takiego obrazu. Tylko są olbrzymie góry i narciarze, którzy z nich zjeżdżają. I jest to na dodatek taśma archiwalna. Bo film zaczyna się dialogiem na temat materiałów archiwalnych.

Zdjęcie z filmu"Tres oraciones sobre la Argentina“A potem niespodziewanie przeradza w lekcję nauki hiszpańskiego z małymi elementami historii i kultury. By na koniec rozmyć się w biel, albo stopić jak śnieg. Czy w fikcję? Nie zdążyłam tego uchwycić. Ale właśnie ten brak uwiecznienia. Totalne zaskoczenie końca. A zarazem jakaś eteryczność najbardziej mi się spodobały.
I pozostały we mnie jako obraz Argentyny. Którą lekko musnęłam a już pokochałam. Może kiedyś się dowiem. A może to wcale nie był film tylko wiersz.
Zobaczyliśmy jeszcze dwa filmy: Shakti w reżyserii Martina Rejtana, dziejący się prawdopodobnie w Bueanos Aires. Jest to opowieść o młodym chłopaku w żałobie i w depresji. O przypadkowych spotkaniach, jedzeniu, rodzinie żydowskiej. Całkiem spory miks ale z humorem.

Zdjęcie z filmu "Shakti“A także Las credenciales, Manuela Ferrari, który dzieje się w drodze. Mężczyzna najpierw płynie łódką, później wsiada na mały prom, potem w pociąg, a na końcu w samolot by przylecieć do Europy. Do końca nie wiadomo kim jest główny bohater. Może jest zupełnie kimś innym. Może jest każdym?
Kim więc jest ta Argentyna, którą się opuszcza? Ta, o której się marzy? Najbardziej europejska? Czy indiańska? Mieszanka kulturowa w czterech strefach klimatycznych. Kilka razy dziennie Yerba Mate. Zwykłe życie. Emigracja.
Criollo biegnie na bezkresnej równinie cieszy się drzewami i błękitnym niebem. Tą właśnie chwilą.
Dobrze było przystanąć w twoim świecie w tym ponurym styczniu.
Zdjęcie tytułowe zrobił Paz Arando.