Koty, kawa i Galway

This post is also available in: English (angielski)

Nieważne, że dziś niedziela, musimy wstać wcześnie, bo czekają na nas dwa koty, którymi opiekujemy się przez weekend. Mewy wrzeszczą od piątej rano, jakby ktoś obdzierał je z białych, pachnących morzem piór.

Zaś w ogrodzie kotów petunie i niebieskie dzwonki budzą się spokojnie. Otwieram drewnianą furtkę, a potem zielone drzwi, Rudy i Czarno-Biała spacerują po kuchni, ich futra lśnią jak słońca, gotowe na kolejny dzień. Radio mruczy wyrywkowo jakieś nowiny, ale one nas nie obchodzą, bo najważniejsze jest śniadanie, świeża woda i otwarcie kocich drzwi.

Wreszcie Rudy usadawia się w kwiatach, macza pyszczek w konewce, a potem przeskakuje wyskoki, kamienny mur, zwinnie niczym puma i zagłębia się w malachitową gęstwinę. Tymczasem Nóinín rozciąga się na ogrodowym stole i patrzy na mnie oliwkowymi oczami.

Galway budzi się bardziej leniwie, jednak przed Barem Italia pachnie kawą już od za piętnaście dziewiąta. Skoro wstaliśmy świtem, przysiadamy na skrawku ulicy, Laura przynosi nam americano i croissanty, do których wcześniej wciska pistacjowy krem. Czuję się jak na wakacjach, mewa skubie słodkie okruszki, ktoś wiesza różowe pelargonie nad pubem. W moim nieidealnym mieście jest pięknie i spokojnie.

(Visited 33 times, 1 visits today)

Leave A Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *