This post is also available in:
English (angielski)
W dzień świętego Walentego słońce obudziło się wcześniej niż tydzień temu. Zerknęłam jak zwykle przez rolety tuż po przebudzeniu i zobaczyłam, że rozjaśnia się błękit. I dzięki temu cudowi mam jakoś więcej energii.
Ubrałam więc granatową tunikę w dzbanuszki i filiżanki. Żeby nawet strojem celebrować ten dłuższy dzień. Emily zaparzyła mi short Americano. W różowej torbie niosłam dwa croissanty upieczone na zapleczu lokalnego sklepu.
Zamyśliłam się, czy moja walentynka z owcami wydzierganymi na szydełku, doleciała do pewnej szkoły w Missisipi. I czy błyszczy teraz na mapie wraz z innymi kartkami. Bo wciąż wysyłamy sobie sygnały dobra. Nawet jeśli się nie znamy i nigdy nie spotkamy.

W Galway trawę przyprószył biały mróz. Lis, nie czekał o świcie w ogrodzie. Bo pewnie jest zajęty szukaniem odpowiedniego miejsca, by już w marcu urodzić małe liski.
Jest całkiem cicho i zwyczajnie. Zamierzam uszyć dziś futerał na kubek z jeansu. I może zamiast nad morze pójdziemy dziś na spacer do lasu. A potem na tiramisu do Baru Italia.
Wspaniałego celebrowania zwyczajnych rzeczy, które dają nam radość!