This post is also available in:
English (angielski)
Anioł na placyku Jean Moulin pomiędzy drzewami odsłania grafit po nocy. W piekarni “Le Boulanger de l’Hôtel de Ville” patrzę w lustro. Serce jest sztruksowe w miodowym kolorze, dotyka palcem księżyca. Słodkie kasztany. Skąd się znamy?
Zastanawiam się nad tym, spacerując po Bordeaux. Bo mam wrażenie, że to miasto działo się we mnie już w czasach dzieciństwa.
Najpierw wysiadam z tramwaju obok wielkiej katedry i idę prosto do malutkiej kawiarni na kawę i szarlotkę domowej roboty. Jabłka Renata leżą w skrzynce przy wejściu. Drewniane stoliki rozstawione pod kafelkową ścianą. Otwarta przestrzeń kuchenna. Mężczyzna syren i kobieta syrena obejmują się na przezroczystych drzwiach.

Hotel Konti znajduje się na małej uliczce tuż za pałacykiem, który jest kinem. Urządzony w stylu vintage. Złoto-miedziana winda albo kręte bordowe schody. Na stoliku w pokoju czeka na mnie ręcznie pisany list od obsługi oraz pudełko canelé. Słynnych babeczek z Bordeaux, które smakują niczym racuchy. A moja okolica, to tak naprawdę dzielnica teatralna.
Kręcę kalejdoskopem. Świat układa się w beżowe kamienice, zielone i bordowe okiennice, srebrne koładki, tory tramwajowe, placyki, książki. Książki są wszędzie. Takiej kolejki w najsłynniejszej niezależnej księgarni Librairie Mollat jeszcze w życiu nie widziałam. Założona w 1896 roku i prowadzona przez rodzinę Mollat od pięciu pokoleń.
Na skraju dzielnicy Saint Michel przysiadam na lampkę czerwonego Bordeaux. Uliczka jest brukowana z bramy wyjeżdża chłopak na rowerze, który wiezie swoją dziewczynę na bagażniku. Wiosenne światło w połowie grudnia.
Siedzę na barowym krześle w kapeluszu i szerokich bordowych spodniach na cześć “La Belle Endormie – dosłownie “Śpiące piękno” a po polsku “Śpiąca królewna”. Tak ze względu na elegancję i XVIII wieczną architekturę Francuzi nazywają Bordeaux.
Za chwilę widzę łuk triumfalny i okazały Pont de Pierre / Kamienny most. Tramwaje dzwonią w chwili, gdy sprzedawca na bazarze przecina nożycami bordową tkaninę.


Zagłębiam się w uliczki artystycznej dzielnicy Saint Mich. Stragany z warzywami i orzechami laskowymi, małe sklepiki z rękodziełem. Pachną niebieskie i białe bratki. Jest! Kobaltowa witryna BAG – Bakery Art Gallery – piekarnio-kawiarnia bezglutenowa, w której znajduje się galeria sztuki.

Siadam na wielkim tarasie pod starymi murami. Zagaduje mnie Bernard po francusku. Bo jak się okazuje, ludzie z Bordeaux uwielbiają pogawędki. Kanapka z selerem i słonymi orzeszkami smakuje bosko. Potem schodzę na dół i mijam oszkloną kuchnię. Rozmawiam spontanicznie z szefową. A za chwilę jestem już na wystawie i spotykam jej męża.
–Założyliśmy ten lokal wspólnie z żoną. Ona piecze bezglutenowe przysmaki. To jej pasja. A ja organizuję wystawy. Bo, ja lubię sztukę. Dopiero co wróciłem z Krakowa, gdzie współpracuję z różnymi artystami – opowiada.
Na koniec przysiadam w pluszowym fotelu na przeciwko ceramicznego pieca. Dziewczyny obok, prowadzą chyba jakieś warsztaty. Zabieram ze sobą magazyn “Utopia” o filmach, oczywiście po francusku. Może kiedyś go przeczytam.
–Czy zrobi mi pan też takie danie?
– pytam starszego pana w szaliku w paski. Właściciela baru “Le Saint Christophe” przy Rue Saint-James. Na talerzu widzę ziemniaczane pure, czarne oliwki, ciecierzycę, dwa grube paski sera, marchewkę, czerwoną kapustę. Główka czerwonej kapusty jest także na barze dekoracją.
–Zacznij od wina, bo to danie potrzebuje aż 20 minut – mówi starszy pan.
–A ja polecam kawę z koniakiem – mówi Stéphane, który siedzi obok. I tak zaczyna się nasza rozmowa. Wspominam jak moja mama mówiła po francusku. I entuzjazm do Francji, kiedy czytałam Mikołajka.
– Stéphane, a jak w ogóle gra się w kulki?
– W całej Francji jest niezliczona liczba zasad.
– Wiesz kupiłam sobie kalejdoskop. Bo przypomina mi o beztrosce cieszenia się małymi detalami w życiu.
Wino rozlewa się na mapę w trakcie naszej konwersacji, gdyż lubię dużo gestykulować.
-Będziesz miała najlepszy souvenir z Bordeaux! – śmieje się Stéphane.
A potem opowiada mi o miejscu, w którym można spróbować najlepszych win z regionu, czyli CIVB – Biurze Win Bordeaux. Reprezentuje ono aż 10 tysięcy producentów i plantatorów wina z Bordeaux.
Jednak zamiast na wina, wieczorem idę do miejsca, które zarezerwowałam wcześniej na kolację.
Dis Leur – to kameralne bistro wegańskie. Serwują tam jedzenie sezonowe, organiczne i lokalne. Pierwszy raz w życiu jem zupę kasztanową. Smakuje rajsko, a ja mam wrażenie, że znam skądś ten smak. Próbuję też wegańskiego sera. Ale najpierw pytam barmana jak w ogóle robi się taki ser.
– Nasze sery robione są w Bretanii z orzechów cashew. – tłumaczy mi ze szczegółami.
Brzmi niesamowicie – myślę i próbuję. Wszystkie smaki w bistro mnie oczarowały. Duszony koper włoski, polenta posypane ostrą granolą. Śmiało stwierdzam, że to jedna z najlepszych restauracji, w jakiej byłam w życiu.

W niedzielę rano, gdy jest jeszcze ciemno znowu widzę anioła zwycięstwa. A pomiędzy kamienicami księżyc. Zjadam briocha z jagodami i świeżą bagietkę z serem. W chwili, gdy Bordeaux kupuje crroisanty i popija kawę.
– Poproszę jeszcze tego czekoladowego – staram się powiedzieć po francusku.
– Meilleurs vœux, madame! Merci!

Siedzę już na ławce i czekam na tramwaj, który jedzie na lotnisko. Ale nigdzie nie odjeżdżam. Bordeaux zostaje we mnie. W kółku narysowanym kredą na chodniku. ustawiam swoje kulki. Świat układa się w brązowe trójkąty i błękitne kwiaty.
-Zabierzesz nas do Bordeaux? – pytają moi bliscy.







