Lokalna Kopenhaga

This post is also available in: English (angielski)

Włączam elektryczny jazz duetu Svaneborg Kardyb i wysiadam znów na placu Enghave w kopenhaskim Vesterbo. Ludzie siedzą na drewnianym chodniku wokół skweru nad stacją metra, przy stolikach w Navnlos Kaffe & Bar lub na ławkach, krawężnikach, trawnikach obok kamienic. Mają kawę z termosu lub z kawiarni. Chrupią świeżutkie spandeury z lokalnego Bageried BRØD.

Dziewczyna w żółtych sztruksach przesadza kwiatki. Jakiś facet w kurtce w kratkę podjeżdża rowerem do sklepu- Café Beat, gdzie tysiące vinyli zapiera dech w piersiach. Zaglądam pomiędzy kolorowe okładki i totalnie zwalniam. Nie chce mi się stąd odchodzić. Wyciagam szyję do słońca jak fioletowa bylina. Pożeram kanapkę z duńskim żytnim chlebem, delektuję się cortado.

Kopenhaga projektuje mi uśmiech na jasnoróżowo. Tak, od dwóch dni paraduję w kapeluszu,  jak kiedyś, gdy miałam 20 lat. W parku Superkilen w dzielnicy Nørrebro, zaprojektowanym, by połączyć imigrantów i lokalnych znajduję swój jesienny liść. Pomiędzy lekko pofalowanymi liniami na ścieżce asfaltowej.

Mija mnie kilkadziesiąt rowerów zanim dojdę do pobliskiej biblioteki, usiądę przy długim stole razem z innymi i wypije sok jabłkowo buraczany, idealny na ten czas.

Mój tymczasowy dom, czyli hotelik Rye115 znajduję się w Østerbro – dzielnicy starych kamienic w pobliżu małego jeziora Sortedam. To przytulne miejsce przypomina Wrocław. Szczególnie kadr z maleńkiej Ptasiej Wyspy – Fugleøen.

Siadam na pluszowej kanapie, z głowy wyrastają mi papierowe kwiaty. Pękata lampa niczym olbrzymia, rozwinięta peonia kołysze się mi przed oczami.

Gdy na śniadanie zjadam cudowną ekologiczną granolę i domowego croissanta, przy wspólnym, dębowym stole jak tym z czasów mojego dzieciństwa, poznaję Brigid z Australii. Spędzamy razem jeden dzień. Wędrując ścieżką wokół jeziora odkrywamy hipisowską Christianię.

Za drewnianym płotem błyszczy w słońcu zupełnie odrębna od miasta przestrzeń – wioska. Na drewnianych domach kolorowe graffiti opowiada historię i wyświetla hasła tych, którzy tam chcą żyć poza systemem. W drewnianym zielonym budynku z wywieszką “Market”, Brigid kupuje drewniaki, a ja kolorowe kartki.

Za godzinę stoimy już na wielkiej mapie Kopenhagi przed Duńskim Centrum Architektury. Gdy wychodzimy z wystawy przysiadamy w transparentnej kuli, w której zrobiono malutki ogródek i spotykamy tam dwójkę, Duńczyków. Odpoczywamy i gadamy.

I choć nie zdążymy zobaczyć słynnych kamieniczek nad kanałem, pulsuje w nas magia Kopenhagi. Pewna Dunka poleca nam designerską kawiarnie na dachu centrum handlowego Illum, gdzie serwują pyszne indyjskie curry i japońską zupę. Tu odpoczywają lokalni mieszkańcy. 

Na drugi  dzień przemierzam Faelenparken – największy park Kopenhagi, a potem wdrapuję się po krętych schodach na farmę na dachu – ØsterGro. Od razu czuję zapach koperku. Wita mnie drużyna małej restauracyjki Gro Spiseri, choć jest akurat zamknięta. Mogę zostać w ogrodzie i cieszyć się widokiem.

Przychodzi również jakiś facet, z płynem do prania w ręku. Bo to jego ulubione miejsce, więc chce je zobaczyć w te słoneczne popołudnie.
W poniedziałek rano piję ostatnią kawę w salonie, a fotografka Kim-Lena robi mi zdjęcia . Żegnam się z Østerbro i kochaną Kopenhagą, która śpieszy dziś do pracy na rowerach.

Kupuję na drogę świeży chleb i bułki cynamonowe. Zdalnie, sterowane metro też jest przytulne. Wiezie mnie na lotnisko. A w barze przed pasem startowym czeka na mnie piosenka duńskiej grupy Cody:

Jest światło, które świeci z odległego miejsca w mieście, w którym siedzą całą noc i piszą o prostych rzeczach w życiu. 

P.S. Kopenhaga jest miastem bardzo łatwym do ogarnięcia, najlepiej poruszać się metrem z kartą City Pass, którą można kupić na lotnisku w automacie kolei DCB.

(Visited 68 times, 1 visits today)

Leave A Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *