Tea sugar a dream – Dziękuję Turcjo!

This post is also available in: English (angielski)

Ostatni świt w Turcji jest lawendowo-różowy. Budzi nas szum Morza Marmara, pierwsze łódki ruszają do Stambułu, sąsiedzi spotykają się na porannym pływaniu. Wychodzimy z pokoju na brzeg. Ulvi – nasz gospodarz z Efe Cafe przyszykował już tosty i czai w dzwonkowych szklankach. Zapala papierosa i opowiada nam o swojej codzienności w Silivri. Za chwilę żegnamy się po turecku: Güle güle i wyjeżdżamy z bramy ostrożnie, żeby nie potrącić kota, który myje się pod drzewem oliwnym na rogu ulicy.

Wielkie beżowe góry, iglaste lasy, czerwony asfalt, piach i kurz – były z nami, kiedy mknęliśmy autem przez zachodnią Anatolię. Tydzień pełen przygód. Najpierw zauroczył nas Stambuł. Kelvan wyszedł po nas na stację metra, która jest na moście i w swoim malutkim hoteliku na wąskiej ulicy, nieopodal Hagia Sophia przyjął nas jak stary przyjaciel, którego dawno nie widzieliśmy. Bo tacy właśnie są Turcy.

A Stambuł to miasto, które nie zmieści się w paru zdaniach, żyje w nim 20 milionów ludzi. Muzułmańskie modlitwy nawołują z głośników i mieszają się z pragnieniami mozaikowej metropolii. Jednocześnie tradycyjnej i liberalnej, radosnej i smutnej, tak samo szalonej jak nieśmiałej, która bardzo dba o koty i psy. Chrupki są nawet na stacji metra, albo na kolumnach leżących pod Muzeum Archeologicznym. Najwspanialszym muzeum archeo jakie do tej pory widziałam.

Staję w kolejce na bazarze po paczkę świeżo zmielonej kawy. Nie ważne, czy w bogatej czy biedniej dzielnicy, przed zakładem fryzjerskim suszą się dopiero co uprane ręczniki. Bosfor błyszczy w słońcu, tysiące łódek, mosty, cienkie wieże, szklane wieżowce, drewniane domki. Tymczasem my w naszej dzielnicy jemy widelczykiem ciepłe bułki pokrojone na talerzu, przy stoliku, tuż pod murem piekarni.

Gapimy się na Azję, fot. Maciek Doczyk

Po dwóch dniach ruszamy do Eskişehir na wesele naszych przyjaciół Seçil i Marca. Nie mamy pojęcia że zostaniemy przyjęci jak bliska rodzina i odtańczymy wraz z sąsiadami turecki taniec na środku ulicy przed blokiem panny młodej. A wesele będzie jak z filmu, w ogrodzie pod jabłonkami, tańce grupowe radosne i egzotyczne. Ach ten bit, myślałam chwilami, że to heavy metal. Po rzece Porsuk pływają gondole, a miasto kipi od zieleni i kolorowych, metalowych mostów. Przez aleje wije się tramwaj. Piszę kilka słów w Uçurtma Cafe i zajadam puszysty sernik świętego Sebastiana, kot wchodzi z ulicy, pod regałem z książkami ma groszki i wodę.

fot. Maciek Doczyk

Komu w drogę temu czas, tym razem zabieramy ze sobą naszego przyjaciela Enrico i ruszamy w trasę, by zwiedzić ruiny antycznego miasta Laodycea. Po drodze gubimy się gdzieś w rozgrzanej słońcem wiosce, która wyłania się z wysokich traw tuż za torami. Ciepły wiatr targa nam włosy, ruiny są wspaniałe, gapię się długo na malowidła i kolumny doryckie.

Leodycea fot. Maciek Doczyk

Postanawiamy zanocować w pobliskim Pamukkale – małej miejscowości w dolinie Cürüksu, która słynie ze spektakularnych wapiennych osadów. Wieczorem nie ma już turystów, przysiadamy za płotem, na którym suszą się papryki. Zjadam Yaprak Sarma, czyli liście winogron nadziewane ryżem (próbowałam już ich w domu Seçil). Wyglądają trochę jak chude gołąbki. Są lekko kwaśne, dla mnie przepyszne.

fot. Maciek Doczyk

Rano wskakuję do basenu, a potem ruszamy do Efezu – antycznego miasta kolumn jońskich. Ależ on jest wielki, od skwaru można się schować tylko czasami pod wielkie sosny. Na drugi dzień już w Çanakkale i zwiedzamy legendarną Troję. Mury z wiecznych kamieni są całkiem wysokie i czujemy wyraźny zapach wykopalisk archeologicznych. Na ten moment długo czekaliśmy.

Troja, fot. Maciek Doczyk

Po drodze, w nocy trochę najedliśmy się strachu, stojąc w korku na serpentynie. No, ale najdłuższe 400 metrów w życiu przeżywamy w Torbali. Bo na drogach Turcji trwa walka o przetrwanie, wbijają się nawet autobusy, a z dwóch pasów nagle powstaje pięć, a nawet sześć. Na dodatek rzadko kto włącza kierunkowskaz, za to Turcy uwielbiają trąbić. W starych samochodach zasłonki zwinięte w harmonijkę, a w jednym siedzi czasem i siedem osób.

Efez, fot. Maciek Doczyk

Próbuję to wszystko opisać ale zamiast słów mam smak Gözleme – cienkich naleśników sklejonych miodem, które jedliśmy na śniadanie. Koty plączą się pod nogami, wentylator przy samym stoliku, za plecami dywan z jeleniem. Po skończonym posiłku gospodarz daje nam dwie figi prosto ze swojego drzewa.

Dlaczego zakochałam się w Turcji? Kiedy dojeżdżamy na olbrzymie lotnisko Havalimani i powoli tracę ją z oczu, dławią mnie łzy, kipi we mnie błękit, pożyczam więc wiersz od Mieczysława Łypa, który zapisał to co wciąż czuję.

Izan 

Późnym ciepłym zmierzchem 
przyszedł do mnie muezin 
Przyniósł amfory błękitu Morza Egejskiego 
amfory pełne wołań nawoływań 
W lewe ucho pieśnią sączył mi wersety Koranu 
W prawe wszeptywał moje imię 

I zaczął tańczyć we mnie ten błękit 
i zaczął tańczyć we mnie płomień 
płomień dojrzewających granatów 
i zaczął tańczyć we mnie zapach 
bizantyjskich kopuł złocistych brzoskwiń 

Żyłem 
jak pielgrzym na szlaku wieczności

P.S. Po turecku dziękuję to teşekkürler. Nie mogliśmy się nauczyć tego trudnego słowa, dopóki jeden chłopak nie zapisał nam wymowy w przyjazny sposób: Tea sugar a dream. Stąd taki jest tytuł posta. Swoją drogą to angielskie zdanie skrywa w sobie sporo z Turcji. A kolejne opowiadania o tym niezwykłym kraju już wkrótce na blogu. 🙂

(Visited 101 times, 1 visits today)

Leave A Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *