W drodze na Carrantuohill – owce, słonie i ja

This post is also available in: English (angielski)

Nie powinno się iść w góry samemu. Nigdy nie wiesz co może nagle się wydarzyć. Pewna kobieta, która nocowała u nas w zeszłym roku też twierdziła, że nic jej nie będzie, gdy pójdzie sama na Carrantuohill, a jednak utknęła w szczelinie i trzeba było ją ratować helikopterem.

 – powiedział John, kiedy oznajmiłam, że jutro wyruszam w góry sama. I miał rację, jednak moje pragnienie wspinaczki było silniejsze nawet od lęku, że wiatr zdmuchnie mnie z grani najwyższego szczytu Irlandii.

Czy tak czują wszyscy zakochani w górach?

Następnego dnia, rano, ubrałam traperki i melanżowe skarpety. Do plecaka zapakowałam podwójną kanapkę przygotowaną mi przez Johna. Wzięłam wielką tabliczkę czekolady, napój brzoskwiniowy oraz wodę. To dość mało jak na mnie. Jednak byłam po bardzo sytym śniadaniu (owsianka z mnóstwem owoców oraz jajecznica z łososiem), przygotowanym w Stepping Stone, kamiennym B&B, który John Heppell wraz ze swoją żoną Sandy Heppell prowadzą od lat.

Tuż za drewnianą bramą pensjonatu, po drugiej stronie drogi, w dolinie Bridia, w samym środku Macgillycuddy’s Reeks – najwyższych górach Irlandii, wspięłam się po stopniu przez płot i ruszyłam w górę strumyka, który wił się między kamieniami w wysokiej trawie. Od początku było dość ostro pod górę. Słońce świeciło coraz cieplej, więc zostałam tylko w T-shirt z logo Supermana (czytaj Superwoman).  

Góry pod moimi nogami były trawiasto-skalne, zaś te w oddali wyglądały niczym brunatne słonie. Wzdłuż szlaku lśnił cudownie na żółto kolcolist, charakterystyczny dla płaskowyżu Kerry. Gdy podczas wspinania chwytałam rękami skał i czasami krzaków musiałam uważać, by mnie nie pokuł.

Im wyżej tym było bardziej fioletowo od wrzosów. Ach, mogłabym się w nich schować i leżeć długie godziny. Wysoko w górze musiałam jednak iść slalomem przez bagna, co mnie nieco zdziwiło, że aż tak podmokły teren może być na dużej wysokości.

Przemierzając Macgillycuddy’s Reeks rozkoszowałam się ciszą i samotnością, choć tak naprawdę nie byłam całkiem sama, ponieważ bardzo często spotykałam owce. Puszyste z czarnymi pyskami i długimi, wełnianymi i dość szerokimi ogonami. Pierwszy raz zobaczyłam z bliska jak naprawdę wyglądają ogony owiec. Nie są wcale takie mini, jak zwykłam im doklejać na moich ręcznie robionych pocztówkach.

Owce uciekają kiedy zbliża się człowiek, dlatego żeby nie zakłócać ich naturalnego środowiska obchodziłam je dookoła. A potem, gdy siadałam w trawie lub na skale one same do mnie podchodziły, choć zawsze zachowywały dystans. Jednak pewien baran raz szeroko uśmiechnął się do mnie, aż zobaczyłam jego białe zęby. Słyszałam też jak inna owca kicha. Czy mi się zdawało?  

Irlandzkie góry uwiodły mnie nie po raz pierwszy swoim dzikim pięknem

Czasami wydają się być pagórkami, jednak przemierzając je, szybko orientujemy się, że są równie wymagające jak Tatry. Od polskich Tatr odróżnia je jedynie brak wyznaczonych szlaków i często brak ludzi. Na szczyt trzeba przeważnie znaleźć drogę samemu. Wędrówkę zaczynasz od pastwisk pośród owiec, które także docierają na szczyty. Nie rzadko musisz też szukać sposobu by przekroczyć rwący strumień. Na Carrantuohill można dostać się z różnych stron gór. Najbardziej popularna trasa wiedzie przez Diabelską Drabinę i choć idzie nią więcej ludzi, sama nazwa mówi za siebie. Ja przemierzałam szlak od doliny Bridia, który na mapie zaznaczył mi John.

Sama na grani

Kiedy wreszcie dotarłam na szczyt Curraghmore, dość blisko od Carrantouhill przysiadłam uradowana na skale i wtedy wielki motyl niemal stuknął mnie w czoło. Chyba rzadko widzi tu wędrowców. 😊

Prawie 30 minut siedziałam sobie na skalnej krawędzi i kontemplowałam niesamowity widok. Pasmo coraz bardziej tajemniczych gór ciągnęło się kilometrami. Niżej wiły się doliny i błyszczały jeziora. Otaczał mnie calutki płaskowyż Kerry. Przyznam, że po tylu latach w Irlandii, gdy wreszcie go zobaczyłam zaparło mi dech z wrażenia. Przypatrując się Carrantouhilowi zdecydowałam, że jednak sama nie powinnam iść dalej. Goła grań wyglądała naprawdę groźnie. Nie pomyliłam się, ten dziki szlak przewodniki rekomendują dla wytrawnych wspinaczy.

W górach droga lubi się wydłużać

Gdy odwróciłam się, by wracać, ku mojemu zdziwieniu zobaczyłam wszystko z innej perspektywy. Okazało się, że przeszłam z 5 olbrzymich wrzosowo-skalnych pagórów, a płot, który zdawał się być wyznacznikiem szlaku zniknął. Trochę się przestraszyłam, ale pogoda była perfekcyjna więc dałam radę. Jednak kiedy na nowo niczym hobbit przeskakiwałam w górę i w dół ogromne pagórki, przypomniał mi się „Piknik pod wiszącą skałą”. Może takie są właśnie góry. Zmieniają nam spojrzenie, nie tylko na nas samych, ale także na ścieżkę, którą właśnie kroczymy. Nic nie jest takie jak pozornie się wydaje. A w górach droga lubi się wydłużać.

Góry zaglądały nawet do talerza

Na dole w Bridia Valley czekał na mnie mój mąż oraz Sandy i John. Na kolację wróciła również Katlyn, która wspinała się na Carrantuohill z przewodnikiem (całkiem dobry pomysł!) z zupełnie innej strony. Przybyło też dwoje wędrowców z Nowej Zelandii, którzy przemierzali Kerry way piechotą.

Sandy i John w swoim B&B prowadzą również Cookies Monster’s Cafe / kawiarnię Ciasteczkowego Potwora – idealne miejsce na odpoczynek, gdy jesteś w sercu gór. Jedzenie, które serwują także wieczorem dla gości, którzy zabukują stolik jest jak we francuskiej restauracji. Egzotycznie smaczne i pięknie podane. Do tego butelka nieprzeciętnego wina i pięcio-gwiazdkowa domowa obsługa.

Trawimy wrażenia dnia i pożeramy rybkę z lokalnej rzeki. Za oknem cieniutka mgła przykrywa góry, które niemal zaglądają nam do talerzy. W kącie stoi gitara.

Za rok zaśpiewamy razem piosenkę

– mówi Sandy na pożegnanie.

Na drugi dzień mkniemy przez dolinę już autem, potem skręcamy na spektakularne serpentyny i w zwolnionym tempie żegnamy się z Macgillycuddy’s Reeks.

Teraz góry śnią mi się codziennie.

Hej, Carrantuohill! Zamierzamy do Ciebie wrócić!

Co myślisz o tym poście? Daj znać! Dziękuję za każdy odzew!

Czy też lubisz wędrować po górach?

(Visited 181 times, 1 visits today)

5 Comments W drodze na Carrantuohill – owce, słonie i ja

  1. Irena 13 września 2020 at 14:35

    z górami mam ten kłopot, że walą się na mnie, tak samo mam z wysokim lasem, więc zostają mi tylko parki:)

    Reply
  2. Blue Tram 13 września 2020 at 21:55

    Wbrew pozorom, w parkach też jest sporo do eksplorowania 🙂

    Reply
  3. Blue Tram 14 września 2020 at 13:19

    P.S. Wczoraj, w hrabstwie Mayo, tuż pod Wesport widziałam owce z malutkimi ogonkami, takimi jak zwykłam im doklejać na moich kartkach. Tak wiec, chyba owce mają różne ogony. Niedługo zostanę specjalistką 🙂 Musiałam to tu sprostować, w końcu lubię przekazywać rzetelne informacje 🙂

    Reply
  4. Magda 21 września 2020 at 22:20

    Czytając miałam wrażenie, że wędruję tam z Tobą, Gosia 🙂

    Reply

Leave A Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *